Dom przy cmentarzu, T.II cz. 1 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 7
ciusa, syna Madana, czwartego króla Anglii — zwanej wówczas Brytanią od imienia Brutusa, który zamordował swego brata Manliusa — i zważcie to, w dwadzieścia lat później został pożarty przez dzikie bestie; i inną jeszcze historię o pewnym człowieku zwanym Bessus (co zostało opisane przez Plutarcha); on to po zamordowaniu swego ojca został ukarany z pomocą jaskółek, które to ptaki, jak rzekło mu jego obciążone grzechem sumienie, opowiedziały jedne drugim w swym świergotliwym języku, że Bessus zabił ojca, po czym zdradził się on ze swą straszna zbrodnią i został sprawiedliwie skazany na śmierć.
— Wielki Marcin Luter — ciągnął proboszcz — przekazuje nam inną historię pewnego Germańca, który, gdy zbóje zabierali się do mordowania go, zawołał głośno widząc stado wron: ”O, wrony, biorę was na świadków mej śmierci i czynię was mymi mścicielami”. I tak też się stało; w kilka dni później, gdy ciż sami zbóje pili w karczmie, przyleciało stado wron i usiadło na dachu domu, co widząc zbóje rzekli żartem jeden do drugiego: ”Spójrz tam, czy to nie te same wrony, mające pomścić śmierć człowieka, którego zabiliśmy onegdaj?” Karczmarz, usłyszawszy to, powtórzył rzecz sędziemu, który kazał zbójców pojmać, a gdy ci wyznali zbrodnię, zostali straceni. — I tak ciągnął proboszcz dalej, podtrzymując swe stanowisko dziwnymi opowieściami wybranymi z przypadkowych lektur.
Pomiędzy wiernych (słuchających owego kazania, którego dziwaczne ustępy właśnie przytoczyłem — lecz poza tym obfitującego w uderzające swą wzniosłością ustępy, wywołujące prawdziwie silne wrażenie, a także lęk i szacunek) — wśliznęło się — że tak powiem — widmo, noszące w sobie światło śmierci, cienie piekła i piętno grobu, i zasiadło ono wśród tych czcigodnych ludzi z krwi i kości — nieprzeniknione, bezpieczne, gdyż wiedziało, że w kościele znajduje się jedynie dwóch ludzi, dla których sprytne przebranie znaczyło tyle, co przezroczyste powietrze: przebiegły zakrystian o sinym podbródku, który odczytywał odpowiedzi liturgiczne i śpiewał poważnym, choć drżącym głosem psalmy, oraz ktoś siwowłosy w srebrnych okularach, kto stał wyprostowany w ławce lorda Castlemallarda i pilnie przewracał kartki modlitewnika. Ci dwaj ujrzeli widmo i pojęli, iż jest to Charles Archer; co najmniej jeden z nich wiedział o tym — podczas gdy okropny ów duch szedł płonąc blaskiem w samo południe, tropiony przez bezlitosne cienie, przemierzając nieszczęsny świat w poszukiwaniu spokoju — wiedząc, że jest niewolnikiem owego blasku.