Dom przy cmentarzu, T.II cz. 1 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 40
ny, mały znachor, nie pojmuje z tego ani słowa. Chciałbym być podobny do Puddocka. Biedaczysko!
Po pewnym czasie Devereux wrócił na fotel przy kominku, po drodze wypił jeszcze jeden łyk owej wody z Lety i usiadł przy ogniu, nie znalazłszy zapomnienia, lecz odczuwając wyrzuty sumienia.
— Więcej już dziś nie będę pił... nie... niech mnie diabli, jeśli będę.
Ogień dogasał w palenisku.
— Jutro będzie nowy dzień. Cóż, nigdy przedtem nie podejmowałem takiego postanowienia. Mogę go dotrzymać z łatwością. Zacznę od jutra.
I z zaciśniętymi w kieszeniach pięściami, cisnął ”do ognia swą przysięgę wraz z przekleństwem, lecz nie upłynęło dziesięć minut, gdy jego spragniony wzrok znów powędrował ku stojącej pośrodku butelce. Z sardonicznym uśmiechem wstydu zacytował słowa Dobrego Anioła:
Dobry Anioł: Porzuć, o Fauście, tę księgę przeklętą —
Duszę ci kusi, nie zaglądaj do niej —
A zaraz potem, nalewając sobie kieliszek, odezwał się słowami Złego Anioła:
Zły Anioł: Postępuj dalej, Fauście, w słynnej sztuce,
Zawierającej cały skarb Natury.
Bądź tem na ziemi, czem Jowisz na niebie,
Panem i władcą wszelakich żywiołów.
Po czym wysączył napój z szyderczym uśmiechem. Po chwili wypił jeszcze jedną szklaneczkę — były to małe szklaneczki, jakich podówczas powszechnie używano — a odsunąwszy ją pusta, mruknął:
— Tak, to ostatnia.
Później, być może, nastąpiła jeszcze jedna ”ostatnia”, a po niej ”naprawdę ostatnia”. Niech to diabli! To musi być ostatnia, i tak dalej, jak przypuszczam. Następnego ranka na apelu Devereux był blady, zły i ponury.
Po pewnym czasie Devereux wrócił na fotel przy kominku, po drodze wypił jeszcze jeden łyk owej wody z Lety i usiadł przy ogniu, nie znalazłszy zapomnienia, lecz odczuwając wyrzuty sumienia.
— Więcej już dziś nie będę pił... nie... niech mnie diabli, jeśli będę.
Ogień dogasał w palenisku.
— Jutro będzie nowy dzień. Cóż, nigdy przedtem nie podejmowałem takiego postanowienia. Mogę go dotrzymać z łatwością. Zacznę od jutra.
I z zaciśniętymi w kieszeniach pięściami, cisnął ”do ognia swą przysięgę wraz z przekleństwem, lecz nie upłynęło dziesięć minut, gdy jego spragniony wzrok znów powędrował ku stojącej pośrodku butelce. Z sardonicznym uśmiechem wstydu zacytował słowa Dobrego Anioła:
Dobry Anioł: Porzuć, o Fauście, tę księgę przeklętą —
Duszę ci kusi, nie zaglądaj do niej —
A zaraz potem, nalewając sobie kieliszek, odezwał się słowami Złego Anioła:
Zły Anioł: Postępuj dalej, Fauście, w słynnej sztuce,
Zawierającej cały skarb Natury.
Bądź tem na ziemi, czem Jowisz na niebie,
Panem i władcą wszelakich żywiołów.
Po czym wysączył napój z szyderczym uśmiechem. Po chwili wypił jeszcze jedną szklaneczkę — były to małe szklaneczki, jakich podówczas powszechnie używano — a odsunąwszy ją pusta, mruknął:
— Tak, to ostatnia.
Później, być może, nastąpiła jeszcze jedna ”ostatnia”, a po niej ”naprawdę ostatnia”. Niech to diabli! To musi być ostatnia, i tak dalej, jak przypuszczam. Następnego ranka na apelu Devereux był blady, zły i ponury.
www.archangelica.pl


