Dom przy cmentarzu, T.II cz. 1 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 37
Więc obliczył z grubsza.
”Powiedzmy, że tyle... tu czy tam, to nie ma większego znaczenia. Nie utonę przecież w naparstku. Phi!! to za dużo. Cóż mam z tym uczynić? Niech do diabli porwą. Cóż, nic nie możemy na to poradzić... to ostatni.”
Co rzekłszy, wypił to także, jakakolwiek była tego ilość, i nastrój nieco mu się poprawił. Z owej czarnej otchłani został nagle wyrwany wejściem małego Puddocka, który, zaróżowiony i zwycięski, powracał z balu.
— Ha! Puddock! Więc zabawa skończona... Cieszę się, że pana widzę. Siedziałem tete-a-tete ze swym cieniem... diablo złe towarzystwo, Puddock. Gdzież jest Cluffe?
— Poszedł chyba do domu.
— Tym lepiej. Pan zna Cluffe'a lepiej niż ja, lecz jest pewna zagadka dotycząca go, której nigdy nie mogłem rozwikłać. Może p a n to uczynił?
— Cóż takiego? — zaseplenił Puddock.
— Do czego, u licha, nadaje się Cluffe?
— Och! Ech! Wszyscy wiemy, że Cluffe jest bardzo dobrym człowiekiem.
Uśmiechając się smutno, Devereux rzucił na małego Puddocka spojrzenie spod ładnie zarysowanych brwi.
— Puddock — rzekł — chciałbym, by pan napisał moje epitafium.
Puddock, lekko zdziwiony, spojrzał na niego swymi okrągłymi oczkami, a następnie powiedział:
— Sądzi pan, być może, że powinienem zacząć układać wiersze, i wierzy pan również, że lubię pana, w czym także ma pan całkowitą słuszność.
Devereux roześmiał się przyjaźnie i uścisnął wyciągniętą tłustą rączkę Puddocka.
— Chciałbym być taki jak pan, Puddock. Wiedzę o dobrym i złym podzieliliśmy między siebie. Cała wiedza o dobrym należy do pana: nie widzi pan w ludziach niczego prócz dobra, które posiadają; pan widzi to dobro — nie wątpię, prawdziwie — tam, gdzie ja nie mogę go dostrzec. Mroczna wiedza należy do mnie.
Puddock, który wierzył, że dogłębnie pojął Króla Jana, Shylocka i Ryszarda III, wielce był zaskoczony opinią o swojej przenikliwości, którą to opinię wystawił mu Deyereux.
”Powiedzmy, że tyle... tu czy tam, to nie ma większego znaczenia. Nie utonę przecież w naparstku. Phi!! to za dużo. Cóż mam z tym uczynić? Niech do diabli porwą. Cóż, nic nie możemy na to poradzić... to ostatni.”
Co rzekłszy, wypił to także, jakakolwiek była tego ilość, i nastrój nieco mu się poprawił. Z owej czarnej otchłani został nagle wyrwany wejściem małego Puddocka, który, zaróżowiony i zwycięski, powracał z balu.
— Ha! Puddock! Więc zabawa skończona... Cieszę się, że pana widzę. Siedziałem tete-a-tete ze swym cieniem... diablo złe towarzystwo, Puddock. Gdzież jest Cluffe?
— Poszedł chyba do domu.
— Tym lepiej. Pan zna Cluffe'a lepiej niż ja, lecz jest pewna zagadka dotycząca go, której nigdy nie mogłem rozwikłać. Może p a n to uczynił?
— Cóż takiego? — zaseplenił Puddock.
— Do czego, u licha, nadaje się Cluffe?
— Och! Ech! Wszyscy wiemy, że Cluffe jest bardzo dobrym człowiekiem.
Uśmiechając się smutno, Devereux rzucił na małego Puddocka spojrzenie spod ładnie zarysowanych brwi.
— Puddock — rzekł — chciałbym, by pan napisał moje epitafium.
Puddock, lekko zdziwiony, spojrzał na niego swymi okrągłymi oczkami, a następnie powiedział:
— Sądzi pan, być może, że powinienem zacząć układać wiersze, i wierzy pan również, że lubię pana, w czym także ma pan całkowitą słuszność.
Devereux roześmiał się przyjaźnie i uścisnął wyciągniętą tłustą rączkę Puddocka.
— Chciałbym być taki jak pan, Puddock. Wiedzę o dobrym i złym podzieliliśmy między siebie. Cała wiedza o dobrym należy do pana: nie widzi pan w ludziach niczego prócz dobra, które posiadają; pan widzi to dobro — nie wątpię, prawdziwie — tam, gdzie ja nie mogę go dostrzec. Mroczna wiedza należy do mnie.
Puddock, który wierzył, że dogłębnie pojął Króla Jana, Shylocka i Ryszarda III, wielce był zaskoczony opinią o swojej przenikliwości, którą to opinię wystawił mu Deyereux.
www.archangelica.pl


