Dom przy cmentarzu, T.II cz. 1 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 33
wie, panie Ryszardzie, dla pana uczynię wszystko, wszystko. Będę żebrać, rabować lub umrę dla pana, panie Ryszardzie. Cokolwiek rozkażesz, twoja biedna, szalona Nan uczyni.
Wzruszyło to Devereux. Łzy spływały po wybladłych policzkach dziewczyny i drżała cała.
— Zimno, co Nan. Gdzie twój płaszcz i kapturek? — rzekł łagodnie.
— Musiałam się z nimi rozstać, panie Ryszardzie.
— Potrzebujesz pieniędzy, Nan? — spytał z bijącym sercem.
— Nie jest mi zimno, gdy jestem przy tobie, panie Ryszardzie. Czekałabym całą noc na sposobność ujrzenia pana; lecz och! ho... (płakała, jakby miało jej pęknąć serce, patrząc w jego twarz i nieśmiało wyciągając ku niemu ręce)... och, panie Ryszardzie, nic teraz dla pana nie znaczę, twoja biedna, szalona Nan!
Biedactwo! Matka nie dała jej najlepszego wykształcenia. Przypuszczam, iż była po trosze złodziejką i potrafiła kłamać gładko i sprytnie. Ta kobieta była grzesznicą, lecz jej szalone, silne uczucia były prawdziwe, a jej serce nie było przedajne.
— No, no, nie płacz. Na cóż zda się płacz? Posłuchaj mnie — powiedział Devereux.
— Słyszałam, oczywiście, że chorował pan w zeszłym tygodniu, panie Ryszardzie — mówiła dalej błagalnie na nic niepomna, nieśmiało dotykając zimnymi palcami jego ramienia, a łzy spływające po jej wychudłych policzkach lśniły w blasku księżyca. — Chciałabym pana pielęgnować. Myślę, że źle pan wygląda, panie Ryszardzie.
— Nie, Nan, powiadam ci, nie... czuję się świetnie, ale jestem biedny, właśnie teraz, Nan, inaczej nie cierpiałabyś biedy.
— Pewnie, wiem o tym, panie Ryszardzie, wiem, że byłby pan dla mnie dobry, gdyby pan mógł to mnie nie martwi.
— Zrozum, Nan, musisz porozmawiać z przyjaciółmi i powiedzieć...
— Nie mam przyjaciół, nie mam przyjaciół, panie Ryszardzie; przez cały ten rok, a może dłużej, nie rozmawiałam z księdzem, nie śmiem do niego podejść — odparła
Wzruszyło to Devereux. Łzy spływały po wybladłych policzkach dziewczyny i drżała cała.
— Zimno, co Nan. Gdzie twój płaszcz i kapturek? — rzekł łagodnie.
— Musiałam się z nimi rozstać, panie Ryszardzie.
— Potrzebujesz pieniędzy, Nan? — spytał z bijącym sercem.
— Nie jest mi zimno, gdy jestem przy tobie, panie Ryszardzie. Czekałabym całą noc na sposobność ujrzenia pana; lecz och! ho... (płakała, jakby miało jej pęknąć serce, patrząc w jego twarz i nieśmiało wyciągając ku niemu ręce)... och, panie Ryszardzie, nic teraz dla pana nie znaczę, twoja biedna, szalona Nan!
Biedactwo! Matka nie dała jej najlepszego wykształcenia. Przypuszczam, iż była po trosze złodziejką i potrafiła kłamać gładko i sprytnie. Ta kobieta była grzesznicą, lecz jej szalone, silne uczucia były prawdziwe, a jej serce nie było przedajne.
— No, no, nie płacz. Na cóż zda się płacz? Posłuchaj mnie — powiedział Devereux.
— Słyszałam, oczywiście, że chorował pan w zeszłym tygodniu, panie Ryszardzie — mówiła dalej błagalnie na nic niepomna, nieśmiało dotykając zimnymi palcami jego ramienia, a łzy spływające po jej wychudłych policzkach lśniły w blasku księżyca. — Chciałabym pana pielęgnować. Myślę, że źle pan wygląda, panie Ryszardzie.
— Nie, Nan, powiadam ci, nie... czuję się świetnie, ale jestem biedny, właśnie teraz, Nan, inaczej nie cierpiałabyś biedy.
— Pewnie, wiem o tym, panie Ryszardzie, wiem, że byłby pan dla mnie dobry, gdyby pan mógł to mnie nie martwi.
— Zrozum, Nan, musisz porozmawiać z przyjaciółmi i powiedzieć...
— Nie mam przyjaciół, nie mam przyjaciół, panie Ryszardzie; przez cały ten rok, a może dłużej, nie rozmawiałam z księdzem, nie śmiem do niego podejść — odparła
www.archangelica.pl


