Dom przy cmentarzu, T.II cz. 1 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 32
ROZDZIAŁ LXI
W KTÓRYM DUCHY DAWNEGO GRZECHU PRZYCHODZĄ NA UMÓWIONE SPOTKANIE
Devereux otulony opończą wszedł do parku przez bramę Parsona, zamaszystym krokiem wspiął się na strome wzniesienie, po czym skierował ku bramie Castleknock, gdzie rosły gęsto jałowce i głogi. Przed nim leżała opustoszała szeroka równina, a lekki opar nocny unosił się jak mgła w poświacie księżyca.
Dwa lub trzy cierniste drzewa stały z dala od pozostałych — blada, samotna kępa, pochylona ku wschodowi porywami zachodnich wiatrów, wiejących od stu, a może więcej lat przeważnie z owego właśnie kierunku. Ku tej to kępie drzew sunął prosto przed siebie kapitan ”Cygan”, wypatrując czegoś w dali; jakoż po chwili na skraju lasu poruszyła się i wyszła mu na spotkanie samotna kobieca postać w lekkim odzieniu powiewającym na zimnym wietrze. Zrazu szła pośpiesznie, lecz w miarę jak zbliżali się ku sobie, poczęła zwalniać kroku. Devereux był rozgniewany, więc jak Każdy człowiek w przystępie gniewu wybuchnął pierwszy:
— Cóż, do usług, panno Nan! Ładne kłamstwa opowiadałyście o mnie, ty i twoja matka sekutnica! Myślałyście, że możecie udać się do proboszcza i powiedzieć, co wam się żywnie podoba, a ja nie usłyszę o tym!
Nan Glynn zdawała sobie niejasno sprawę, że Devereux jest bardzo rozgniewany, czekała więc w niepewności i milczeniu, póki nie odezwał się pierwszy, teraz zaś rzekła błagalnie:
— Doprawdy, panie Ryszardzie, to nie ja.
— Moja pani, nie mów ani takich rzeczy. Ty i twoja matka... niech będzie przeklęta! Poszłyście podczas mojej nieobecności pod ”Wiązy”... ty i ona... i powiedziałyście, że obiecałem ożenić się z tobą! A więc, tak czy nie? Powiedziałyście? I czyż mogłyście wyrzec bardziej jawne, niecne kłamstwo?
— To ona, panie Ryszardzie, klnę się na Boga. Nie wiedziałam, że ma zamiar powiedzieć coś takiego, nic nie wiedziałam.
— Prawdopodobna bajeczka, zapewne, panno Nan! — rzekł młody hulaka z goryczą.
— Och! Panie Ryszardzie! Na ten Krzyżyk! Nie uwierzy mi pan... to taka sama prawda jak to, że pan tu stoi... póki nie powiedziała tego panience Lily...
— Zamilcz! — krzyknął Devereux tak gwałtownie, że Nan pomyślała, iż jest na pół szalony. — Czy myślisz, że to dla mnie ważne, 'która z was pierwsza wymyśliła lub wypowiedziała to kłamstwo? Posłuchaj mnie, jestem doprowadzony do rozpaczy i rozprawię się z wami obiema, co nie będzie wam w smak, jeśli nie pójdziesz jutro sama do wielebnego Walsinghama i nie powiesz mu całej prawdy — tak, prawdy... do diabła, nie dbam o to... powiedz mu prawdę całkowitą. Lecz powiedz wyraźnie, że twoja historia o mojej obietnicy poślubienia ciebie, słyszysz, była kłamstwem, od początku do końca kłamstwem, kłamstwem bez ziarnka prawdy. Wszystko przeklęte, diabelnie babskie wymysły. Więc pamiętaj, panno Nan, jeśli tego nie uczynisz, zaprowadzę cię i twoją matkę do sądu albo inaczej wyciągnę z ciebie prawdę.
— Ależ nie ona potrzeby odgrażać się, doprawdy, pan
W KTÓRYM DUCHY DAWNEGO GRZECHU PRZYCHODZĄ NA UMÓWIONE SPOTKANIE
Devereux otulony opończą wszedł do parku przez bramę Parsona, zamaszystym krokiem wspiął się na strome wzniesienie, po czym skierował ku bramie Castleknock, gdzie rosły gęsto jałowce i głogi. Przed nim leżała opustoszała szeroka równina, a lekki opar nocny unosił się jak mgła w poświacie księżyca.
Dwa lub trzy cierniste drzewa stały z dala od pozostałych — blada, samotna kępa, pochylona ku wschodowi porywami zachodnich wiatrów, wiejących od stu, a może więcej lat przeważnie z owego właśnie kierunku. Ku tej to kępie drzew sunął prosto przed siebie kapitan ”Cygan”, wypatrując czegoś w dali; jakoż po chwili na skraju lasu poruszyła się i wyszła mu na spotkanie samotna kobieca postać w lekkim odzieniu powiewającym na zimnym wietrze. Zrazu szła pośpiesznie, lecz w miarę jak zbliżali się ku sobie, poczęła zwalniać kroku. Devereux był rozgniewany, więc jak Każdy człowiek w przystępie gniewu wybuchnął pierwszy:
— Cóż, do usług, panno Nan! Ładne kłamstwa opowiadałyście o mnie, ty i twoja matka sekutnica! Myślałyście, że możecie udać się do proboszcza i powiedzieć, co wam się żywnie podoba, a ja nie usłyszę o tym!
Nan Glynn zdawała sobie niejasno sprawę, że Devereux jest bardzo rozgniewany, czekała więc w niepewności i milczeniu, póki nie odezwał się pierwszy, teraz zaś rzekła błagalnie:
— Doprawdy, panie Ryszardzie, to nie ja.
— Moja pani, nie mów ani takich rzeczy. Ty i twoja matka... niech będzie przeklęta! Poszłyście podczas mojej nieobecności pod ”Wiązy”... ty i ona... i powiedziałyście, że obiecałem ożenić się z tobą! A więc, tak czy nie? Powiedziałyście? I czyż mogłyście wyrzec bardziej jawne, niecne kłamstwo?
— To ona, panie Ryszardzie, klnę się na Boga. Nie wiedziałam, że ma zamiar powiedzieć coś takiego, nic nie wiedziałam.
— Prawdopodobna bajeczka, zapewne, panno Nan! — rzekł młody hulaka z goryczą.
— Och! Panie Ryszardzie! Na ten Krzyżyk! Nie uwierzy mi pan... to taka sama prawda jak to, że pan tu stoi... póki nie powiedziała tego panience Lily...
— Zamilcz! — krzyknął Devereux tak gwałtownie, że Nan pomyślała, iż jest na pół szalony. — Czy myślisz, że to dla mnie ważne, 'która z was pierwsza wymyśliła lub wypowiedziała to kłamstwo? Posłuchaj mnie, jestem doprowadzony do rozpaczy i rozprawię się z wami obiema, co nie będzie wam w smak, jeśli nie pójdziesz jutro sama do wielebnego Walsinghama i nie powiesz mu całej prawdy — tak, prawdy... do diabła, nie dbam o to... powiedz mu prawdę całkowitą. Lecz powiedz wyraźnie, że twoja historia o mojej obietnicy poślubienia ciebie, słyszysz, była kłamstwem, od początku do końca kłamstwem, kłamstwem bez ziarnka prawdy. Wszystko przeklęte, diabelnie babskie wymysły. Więc pamiętaj, panno Nan, jeśli tego nie uczynisz, zaprowadzę cię i twoją matkę do sądu albo inaczej wyciągnę z ciebie prawdę.
— Ależ nie ona potrzeby odgrażać się, doprawdy, pan
www.archangelica.pl


