Dom przy cmentarzu, T.II cz. 1 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 31
radnej karecie Chattesworthów; gdy drzwiczki zamknęły się, skinęła ręką swemu wiernemu rycerzowi, obdarzając go słabym uśmiechem; po czym zadrżała lekko i powiedziała:
— Jaka zimna dziś noc; przypuszczam, że moja ciotka będzie panu zobowiązana za pańską pomoc, poruczniku Puddock; co do mnie, muszę zamknąć okno, więc życzę panu dobrej nocy.
Po tych słowach ponownie się uśmiechnęła i zamknęła okno karety, a gdy Puddock złożył jeden ze swych najpiękniejszych ukłonów, cofnęła się blada i smutna w głąb karety i oparła o poduszki z głębokim westchnieniem, podobnym do takiego, jakie ongi usłyszał nadworny lekarz lady Makbet i szepnął: ”Cóż to za westchnienie! Na sercu jej leży okrutny ciężar”. Lokaje stali przy otwartych drzwiach, przez które miała przejść ciotka Becky i gdzie stało z pół tuzina pojazdów ciasno ustawionych jeden przy drugim; służba z zapalonymi pochodniami również zgromadziła się przy drzwiach wyjściowych. Wówczas dało się słyszeć krótkie, gwałtowne pukanie do okna z drugiej strony karety. Wzdrygnąwszy się, Gertruda ujrzała dokładnie taki sam płaszcz i trójgraniasty kapelusz o osobliwych rogach, które pewnej nocy wzbudziły tyle domysłów u niektórych przyglądających im się ludzi; przysunąwszy się do okna, przy którym pojawiła się owa zjawa, Gertruda opuściła szybę.
— Wiem, ukochana Gertrudo, co pani powie — odezwał się łagodny głos — lecz, czy jest to szaleństwo, czy też nie, nie mogę się powstrzymać. Jestem niezmienny w uczuciach — i ty bądź taką.
Biała, szczupła ręka wśliznęła się do wnętrza karety i schwyciła jej dłoń, nie stawiającą oporu.
— Tak, Mordaunt, jestem, lecz och! jakże nieszczęśliwą! — powiedziała Gertruda, poruszając leciutko palcami maleńkiej rączki z zaledwie wyczuwalną, lecz jakże słodką pieszczotą!
— Jestem jak człowiek, który zbłądził wśród grobowców, między umarłymi — szepnęła okryta opończą postać, pochylając się ku oknu i nadal trzymając w gorącym uścisku jej rękę — dostrzegający wreszcie odległe światełko, będące zwiastunem kresu jego wędrówek. Tak, Gertrudo, moja ukochana, tak, Gertrudo, bogini mej samotnej miłości, rozwiązanie tajemnicy jest już bliskie. Położę jej kres. Kimkolwiek jestem, a zna pani najgorsze i mimo to obdarzyła mnie pani swą miłością i wiarą, jesteś moją narzeczoną i wolę umrzeć, niż cię stracić. Wydaje mi się, a może śnię jedynie, że wystarczy bym wskazał palcem dwóch ludzi; a wszystko stanie się światłem i spokojem — światłem i spokojem, których od tak dawna nie zaznałem!
W tejże chwili dał się słyszeć przy drzwiach głos ciotki Becky i blask pochodni padł w okno karety. Tajemnicza postać złożyła pośpieszny pocałunek na dłoni bladej dziewczyny, po czym trójgraniasty francuski kapelusz i płaszcz zniknęły w ciemności.
Ciotka Rebeka wsiadła z wielkim szumem; trzeba przyznać, że nie była w najlepszym humorze, raczej milcząca i zgryźliwa. Kareta, dudniąc po starym moście, uniosła obie damy ku Belmont.
— Jaka zimna dziś noc; przypuszczam, że moja ciotka będzie panu zobowiązana za pańską pomoc, poruczniku Puddock; co do mnie, muszę zamknąć okno, więc życzę panu dobrej nocy.
Po tych słowach ponownie się uśmiechnęła i zamknęła okno karety, a gdy Puddock złożył jeden ze swych najpiękniejszych ukłonów, cofnęła się blada i smutna w głąb karety i oparła o poduszki z głębokim westchnieniem, podobnym do takiego, jakie ongi usłyszał nadworny lekarz lady Makbet i szepnął: ”Cóż to za westchnienie! Na sercu jej leży okrutny ciężar”. Lokaje stali przy otwartych drzwiach, przez które miała przejść ciotka Becky i gdzie stało z pół tuzina pojazdów ciasno ustawionych jeden przy drugim; służba z zapalonymi pochodniami również zgromadziła się przy drzwiach wyjściowych. Wówczas dało się słyszeć krótkie, gwałtowne pukanie do okna z drugiej strony karety. Wzdrygnąwszy się, Gertruda ujrzała dokładnie taki sam płaszcz i trójgraniasty kapelusz o osobliwych rogach, które pewnej nocy wzbudziły tyle domysłów u niektórych przyglądających im się ludzi; przysunąwszy się do okna, przy którym pojawiła się owa zjawa, Gertruda opuściła szybę.
— Wiem, ukochana Gertrudo, co pani powie — odezwał się łagodny głos — lecz, czy jest to szaleństwo, czy też nie, nie mogę się powstrzymać. Jestem niezmienny w uczuciach — i ty bądź taką.
Biała, szczupła ręka wśliznęła się do wnętrza karety i schwyciła jej dłoń, nie stawiającą oporu.
— Tak, Mordaunt, jestem, lecz och! jakże nieszczęśliwą! — powiedziała Gertruda, poruszając leciutko palcami maleńkiej rączki z zaledwie wyczuwalną, lecz jakże słodką pieszczotą!
— Jestem jak człowiek, który zbłądził wśród grobowców, między umarłymi — szepnęła okryta opończą postać, pochylając się ku oknu i nadal trzymając w gorącym uścisku jej rękę — dostrzegający wreszcie odległe światełko, będące zwiastunem kresu jego wędrówek. Tak, Gertrudo, moja ukochana, tak, Gertrudo, bogini mej samotnej miłości, rozwiązanie tajemnicy jest już bliskie. Położę jej kres. Kimkolwiek jestem, a zna pani najgorsze i mimo to obdarzyła mnie pani swą miłością i wiarą, jesteś moją narzeczoną i wolę umrzeć, niż cię stracić. Wydaje mi się, a może śnię jedynie, że wystarczy bym wskazał palcem dwóch ludzi; a wszystko stanie się światłem i spokojem — światłem i spokojem, których od tak dawna nie zaznałem!
W tejże chwili dał się słyszeć przy drzwiach głos ciotki Becky i blask pochodni padł w okno karety. Tajemnicza postać złożyła pośpieszny pocałunek na dłoni bladej dziewczyny, po czym trójgraniasty francuski kapelusz i płaszcz zniknęły w ciemności.
Ciotka Rebeka wsiadła z wielkim szumem; trzeba przyznać, że nie była w najlepszym humorze, raczej milcząca i zgryźliwa. Kareta, dudniąc po starym moście, uniosła obie damy ku Belmont.
www.archangelica.pl


