Dom przy cmentarzu, T.II cz. 1 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 29
czerwonym blaskiem pochodni, weszli, żywiąc odmienne uczucia, do zatłoczonej już sali balowej.
Devereux rozejrzał się, spoglądając na rozkołysane pęki piór, skrzące się brylanty głupawo uśmiechniętych podstarzałych dam, a także na młodych fircyków pośród szumu dwustu czy trzystu głosów zagłuszanych przez grzmot i huk orkiestry. Mnóstwo było tam ślicznych twarzyczek — blondynek i brunetek — błękitnych i czarnych oczu; więcej było wesołości, żartów i ożywienia, a również więcej, jak sądzę, prawdziwego wdzięku w tańcu i rozmowie, niż na to pozwala udana obojętność naszych czasów. Były tam także pewne jasne, błyszczące oczy, które, pozornie nie patrząc, poznały jednak z lekkim drżeniem serca i bladym rumieńcem na twarzy świetnego, dumnego Devereux — tak przystojnego, zapalczywego i tajemniczego — o śniadej, cygańskiej cerze, wielkich gorejących oczach, osobliwym, melancholijnym i nieco gorzkim uśmiechu. Dla niego jednak sala balowa była bez życia, nastrój posępny, a muzyka wrzawą pustych dźwięków.
”Wiedziałem dobrze, że jej tu nie będzie i że nigdy, nie zależało jej na mnie... czemuż bym miał zawracać sobie nią głowę? Wykręciła się zaziębieniem. Być może jednak, zapragnie kiedyś ujrzeć Dicka Devereux, lecz ja będę wówczas daleko. Nic nie szkodzi. Wysłuchali oszczerstw o mnie i uwierzyli w nie. Amen, powiadam. Skoro mają tak słabą wiarę i są na tyle nieszczerzy w przyjaźni, by się mnie wyrzec z powodu kilku plugawych słów lub niedorzecznej bajeczki — niech to diabli wezmą! — dobrze, że uwolniłem się od tej fałszywej, głupiej przyjaźni; teraz mogę odpłacić im za ich oziębłość i niechęć z lekkim sercem, ukłonem i uśmiechem. Jedno wszakże oszczerstwo obalę... tak... i po dokonaniu tego zamkną ten niedorzeczny epizod mego przeklętego, epickiego dramatu i nigdy już, nigdy więcej nie będę o niej myślał.”
Postanowienia, choćby nie wiem jak mądre i mocne, nie rządzą jednak uczuciami ludzkimi, tak więc dokładnie w chwili, gdy kapitan przyrzekł sobie solennie, że ”już nigdy”, jego szalone, smutne serce pomknęło ponad zalaną blaskiem księżyca rzekę, pomiędzy starymi, czarnymi wiązami, i stanęło nieproszone u boku Lilias — małej Lily, jak nazywano ją przed pięcioma laty. Devereux, który wyda-