Dom przy cmentarzu, T.II cz. 1 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 28
wistnych krawców zadręczających go długimi rachunkami i niedwuznacznymi pogróżkami.
— Niechaj przyjaciele markiza Kildare'a błogosławieni będą krawieckim naparstkiem — zadeklamował wspaniały mistrz toastów. — Niechaj igła zgryzoty zawsze wymierzona będzie we wszystkich fałszywych patriotów; a rozżarzona igła i płonąca nić niechaj wymierzone będą w siewców buntu!
Tu nastąpił grzmot oklasków.
— I obyś wjechał do miasta na własnej gęsi, z rozpaloną igłą w tyłku, ty ryczący Pigmeju! — dorzucił Deve-reux.
— Irlandzcy kucharze nie umieją przyprawiać francuskiego sosu! — oznajmił tenże wspaniały głos, który dźwięczał czas jakiś nim rozpłynął się w powietrzu.
— Szoszu, żaiszte! — rzekł Puddock sepleniąc z oburzenia; Cluffe właśnie się do nich przyłączył, więc ruszyli razem. — Widziałem, jak niektórzy z nich wchodzili, sir, i patrząc na ich pospolite, bezmyślne twarze rzekłbyś pan, że nie potrafią odróżnić smaku przepiórki od gęsi; lecz, na Jowisza! Sir, oni właśnie spożywają wieczerzę. Pan jest politykiem, Cluffe, i czyta pan gazety. Pamięta pan jadłospis na przyjęciu u burmistrza Londynu, prawda?
Cluffe, którego myśli zajęte były zgoła innymi sprawami, kiwnął głową i chrząknął.
— Otóż, przysiągłbym — ciągnął dalej Puddock — że nie mógłby pan zjeść lepszej wieczerzy przy stole księcia Travendahl. Hiszpańskie oliwki, proszę bardzo, potrawka po królewsku, karczochy, żeberka, skorupiaki w marynacie, bekasy, białorzytki, zielone smardze, tłuste wątróbki, grzebienie kogucie i podgardla indycze. To raczej dziwne, sir, dla nas, którzy ich zatrudniamy, gdy dowiadujemy się, że nasi krawcy, gdy my jemy takie wieczerze, na jakie nas stać — że nasi krawcy, sir, obżerają się takimi przysmakami — za nasze pieniądze, na Jowisza!
— Za pańskie pieniądze, Puddock, nie za moje! — powiedział Devereux. — Ja nie zapłaciłem żadnemu krawcowi w ciągu ostatnich sześciu lat. A zresztą, niech to licho porwie, ruszajmy.
Dotarłszy na dziedziniec koszar oświetlony wspaniałym,
— Niechaj przyjaciele markiza Kildare'a błogosławieni będą krawieckim naparstkiem — zadeklamował wspaniały mistrz toastów. — Niechaj igła zgryzoty zawsze wymierzona będzie we wszystkich fałszywych patriotów; a rozżarzona igła i płonąca nić niechaj wymierzone będą w siewców buntu!
Tu nastąpił grzmot oklasków.
— I obyś wjechał do miasta na własnej gęsi, z rozpaloną igłą w tyłku, ty ryczący Pigmeju! — dorzucił Deve-reux.
— Irlandzcy kucharze nie umieją przyprawiać francuskiego sosu! — oznajmił tenże wspaniały głos, który dźwięczał czas jakiś nim rozpłynął się w powietrzu.
— Szoszu, żaiszte! — rzekł Puddock sepleniąc z oburzenia; Cluffe właśnie się do nich przyłączył, więc ruszyli razem. — Widziałem, jak niektórzy z nich wchodzili, sir, i patrząc na ich pospolite, bezmyślne twarze rzekłbyś pan, że nie potrafią odróżnić smaku przepiórki od gęsi; lecz, na Jowisza! Sir, oni właśnie spożywają wieczerzę. Pan jest politykiem, Cluffe, i czyta pan gazety. Pamięta pan jadłospis na przyjęciu u burmistrza Londynu, prawda?
Cluffe, którego myśli zajęte były zgoła innymi sprawami, kiwnął głową i chrząknął.
— Otóż, przysiągłbym — ciągnął dalej Puddock — że nie mógłby pan zjeść lepszej wieczerzy przy stole księcia Travendahl. Hiszpańskie oliwki, proszę bardzo, potrawka po królewsku, karczochy, żeberka, skorupiaki w marynacie, bekasy, białorzytki, zielone smardze, tłuste wątróbki, grzebienie kogucie i podgardla indycze. To raczej dziwne, sir, dla nas, którzy ich zatrudniamy, gdy dowiadujemy się, że nasi krawcy, gdy my jemy takie wieczerze, na jakie nas stać — że nasi krawcy, sir, obżerają się takimi przysmakami — za nasze pieniądze, na Jowisza!
— Za pańskie pieniądze, Puddock, nie za moje! — powiedział Devereux. — Ja nie zapłaciłem żadnemu krawcowi w ciągu ostatnich sześciu lat. A zresztą, niech to licho porwie, ruszajmy.
Dotarłszy na dziedziniec koszar oświetlony wspaniałym,
www.archangelica.pl


