Dom przy cmentarzu, T.II cz. 1 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 27
nie w lustro. Cały wysiłek włożony w ową wyszukaną toaletę, wszystkie owe uroczyste przygotowania i szczegóły — wszystko to było wyrazem uwielbienia i czci dla jego bogini, nabożeństwem, które celebrował. Cluffe podobnie stroił się dla damy swego serca, lecz w znacznie spokojniejszy i rozsądniejszy sposób. Toaleta Devereux była, zdaniem większości młodych ludzi, doprowadzona do doskonałości, choć zdawał się mniej przejmować strojem niz inni. Przypuszczam, że to jego elegancka i szczupła sylwetka sprawiała, że w każdym stroju wyglądał wytwornie i każdy szczegół jego ubioru nabierał owego niewysłowionego wdzięku, który był mu tak właściwy.
Istotnie, gdy tak opierał się łokciem o framugę okienną, patrząc roztargnionym wzrokiem na drugi brzeg rzeki, nie wydawał się zbytnio troszczyć o swój strój.
”Nie widziałem jej od dnia mego powrotu; a teraz idę na ów głupi bal z nadzieją, że ją tam spotkam. Lecz ona nie przyjdzie... unika mnie... unika spotkania ze mną... i nie przyjdzie. A więc, jeśli mi nie sprzyja, cóż mnie może obchodzić, dla kogo jest miła? I cóż ostatecznie się stanie, jeśli nawet znajdzie się tu? Przypuszczalnie będzie zadzierała nosa... lecz... nic mnie to nie obchodzi. Niech robi, co zechce. Cóż mnie to obchodzi? Jeśli jest szczęśliwa, czemu nie miałbym być i ja?... Czemu nie?”
W pięć minut później, gdy obaj z Puddockiem czekali przed domem na Cluffe'a, który w salonie zapinał sprzączki u butów, Devereux powiedział:
— Kim, u diabła, są ci ludzie w ”Feniksie”? Jak te bydlaki ryczą nad kuflami piwa!
— To Zgromadzenie Krawców — odparł Puddock nieco wyniośle, gdyż w duchu nie był zadowolony z tego, że wnętrze gospody bezczeszczono takimi bezmyślnymi orgiami.
Przez otwarte wykuszowe okno wielkiej, wyłożonej dębową boazerią izby ”Feniksa” słychać było potężny głos prezesa, który był właśnie u szczytu wznoszenia politycznych toastów.
— Niech mnie! — zaseplenił mały Puddock. — Cóż to za donośny głosz?
— Zważywszy, że pochodzi od krawca — przyznał De-vereux, któremu wydawało się, iż rozpoznaje głosy niena-
Istotnie, gdy tak opierał się łokciem o framugę okienną, patrząc roztargnionym wzrokiem na drugi brzeg rzeki, nie wydawał się zbytnio troszczyć o swój strój.
”Nie widziałem jej od dnia mego powrotu; a teraz idę na ów głupi bal z nadzieją, że ją tam spotkam. Lecz ona nie przyjdzie... unika mnie... unika spotkania ze mną... i nie przyjdzie. A więc, jeśli mi nie sprzyja, cóż mnie może obchodzić, dla kogo jest miła? I cóż ostatecznie się stanie, jeśli nawet znajdzie się tu? Przypuszczalnie będzie zadzierała nosa... lecz... nic mnie to nie obchodzi. Niech robi, co zechce. Cóż mnie to obchodzi? Jeśli jest szczęśliwa, czemu nie miałbym być i ja?... Czemu nie?”
W pięć minut później, gdy obaj z Puddockiem czekali przed domem na Cluffe'a, który w salonie zapinał sprzączki u butów, Devereux powiedział:
— Kim, u diabła, są ci ludzie w ”Feniksie”? Jak te bydlaki ryczą nad kuflami piwa!
— To Zgromadzenie Krawców — odparł Puddock nieco wyniośle, gdyż w duchu nie był zadowolony z tego, że wnętrze gospody bezczeszczono takimi bezmyślnymi orgiami.
Przez otwarte wykuszowe okno wielkiej, wyłożonej dębową boazerią izby ”Feniksa” słychać było potężny głos prezesa, który był właśnie u szczytu wznoszenia politycznych toastów.
— Niech mnie! — zaseplenił mały Puddock. — Cóż to za donośny głosz?
— Zważywszy, że pochodzi od krawca — przyznał De-vereux, któremu wydawało się, iż rozpoznaje głosy niena-
www.archangelica.pl


