Dom przy cmentarzu, T.II cz. 1 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 25
Muzyka, akord po akordzie, sprawiała, że smutne oczy małej Lily znów ujrzały to całe ruchome widowisko, niewidzialne dla zamglonych starych oczu Sally. Mała Lily cofnęła się we wspomnieniach do dni swego dzieciństwa. Stała na zalanej słońcem ulicy znów jako mała dziewczynka, trzymając starą Sally za rękę; był to łagodny letni dzień. Wartownicy prezentowali broń, a błyszczący w słońcu korpus wymaszerował z koszar. Stary generał Chattesworth siedział jak sam Lucyfer na Bombardierze, który potrząsał grzywą, gryzł wędzidło, tańczył i podskakiwał ku ogólnemu zachwytowi kobiet; w istocie był to najłagodniejszy z czworonogów, choć uważano go za wcielonego diabła; orkiestra grzmiała owego dziarskiego marsza, rozweselając i rozgrzewając dusze ludzkie w całym Chapelizod. We wszystkich domach otwierały się okna, tłum chłopców krzyczał i wiwatował jak szalony. Dziewki służebne, narażając się na złamanie karku, wychylały chichocząc główki w czepeczkach z okien poddaszy. Służący wybiegali na progi domostw. Miasteczkowe rozpustnice wyskakiwały w pośpiechu z zajazdów. Jak okiem sięgnąć falował roześmiany, gapiący się tłum. Sama natura zdawała się rozpromieniać na ich widok, a słońce stało wysoko w całej swej krasie i niezrównanym blasku.
Tak oto miasto było dumne ze swego wojska, i słusznie. Gdy tak działo za działem wraz z obsługującymi je ludźmi i porucznikami ogniomistrzami wytaczało się z bramy donośnie, turkocząc, na szeroką ulicę, nikt nie mógł dojrzeć krańca tego ciągnącego się w dal korowodu błękitu i szkarłatu z biegnącymi symetrycznie skośnymi śnieżnobiałymi pasami i białymi torbami na naboje, mundurami o długich klapach, tego korowodu poruszającego się jednym zgodnym, odmierzonym, wahadłowym ruchem; trójgraniaste kapelusze obszyte galonami, sztylpy, wytworne białe koszule i kamizelki, krezy, metalowe guzy, mosiądz i miedź, wszystko lśniło w słońcu; był to niezaprzeczalnie piękny i podnoszący na duchu widok.
A Lily, spoglądając na ów pułk-zjawę pełnymi żalu oczyma, grała z dumą ich wspaniały, smutny marsz.
Wyglądali tak buńczucznie i okazale; byli to najwyżsi i najzgrabniejsi chłopcy. Na Boga, mogę was zapewnić, nie było drobnostką ciągnąć wszystkie te sześcio- i czterofuntówki; musieli to być chłopcy o atletycznej budowie; oficerowie byli prawie bez wyjątku dziarskimi, wysoko urodzonymi gentlemenami o arystokratycznych manierach, a niektórzy z nich odznaczali się bezsprzecznie nadzwyczajną urodą.
A teraz z całym owym wesołym korowodem, przesuwającym się w takt melodyjnej, nieodżałowanej muzyki, przed oczyma duszy dziewczyny maszerowała wciąż jedna i ta sama wysoka, szczupła postać o śniadej, przystojnej twarzy, o czarnych, osobliwych oczach i niewysłowionym uroku; Lily grała dalej, a w miarę, jak pogrążała się w zadumie, dźwięki stawały się coraz powolniejsze i smutniejsze, aż wreszcie głos starej Sally zbudził marzycielkę. Akordy ucichły, wywołany z pamięci obraz rozpłynął się i biedna mała Lily, uśmiechając się smutno i serdecznie do starej niani, wzięła świecę i poszła na górę razem z nią, by położyć się do łóżka.