Dom przy cmentarzu, T.II cz. 1 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 23
nęła w głąb pokoju z nikłym uśmiechem na ustach i łzami w oczach. Usiadła przy klawikordzie i wciąż zarumieniona zagrała taniec ludowy, a po tym wesołą staroirlandzką melodię, figlarną i pełną życia. Na te niezwyczajne dźwięki łagodna twarz starej Sally, rozjaśniona rzewnym uśmiechem, ukazała się w drzwiach pokoju.
— Wejdź, poczciwa, stara Sally, moja kochana! Wbiłam sobie coś do głowy, taki kaprys, ubierzesz mnie, bo idę na bal.
— Ech, też coś, panienko Lily, kochanie — powiedziała stara Sally, uśmiechając się i potrząsając głową. — Co powiedzieliby na to lekarze?
— Co sobie zechcą, moja kochana.
Lily wyprostowała się, cała zaróżowiona, z błyszczącymi oczyma.
— Mój jasny aniele! — zakrzyknęła stara kobieta, patrząc w tę ukochaną, uroczą młodą twarzyczkę i całkiem, jak się to mówi ”rozpływając się” — nie ma tobie równej na ziemi... nie... wśród wszystkich dziewcząt nie ma takiej, która mogłaby się równaćz naszą panienką Lilias — i przerwała, uśmiechając się, a po chwili dodała — lecz, kochanie, wiesz przecie, że nie wychodziłaś od pięciu tygodni.
— Czyż to nie wystarczająco długo, za długo, by trzymać mnie w zamknięciu, ty okrutna staruszko? Chodź, chodź, Sally, kochana, postanowiłam — i pójdę na bal, nie bój się. Otulę głowę i poślę po ciotkę Becky. Zajrzę tam jedynie, cala opatulona, na dziesięć minut; pojadę i wrócę w lektyce, I cóż może mi się stać złego?
Czy to był przypływ odwagi? Czy chciała pokazać ludziom, że nie wzdraga się przed spotkaniem kogoś; a może, choć naprawdę chora, zdobyła się na odwagę, by tam zajrzeć po prostu dlatego, że lubiła muzykę i zabawę i by pokazać ludziom, że nie ma złamanego serca? A może był to tajemny zew serca, chęć ujrzenia go raz jeszcze, choćby spod kapturka, z daleka, rzucenia mu, sama nie zauważona, jednego spojrzenia i snucia nieskończonych domysłów oraz mglistej nici nadziei, kto wie jak długo, z tych zwiewnych odczuć, z jednego dziwnego, smutnego uśmiechu lufo' głębokiego, namiętnego spojrzenia, ledwie dostrzeżonego, lecz na zawsze wyrytego w pamięci? Wyrzekła się go sło-
— Wejdź, poczciwa, stara Sally, moja kochana! Wbiłam sobie coś do głowy, taki kaprys, ubierzesz mnie, bo idę na bal.
— Ech, też coś, panienko Lily, kochanie — powiedziała stara Sally, uśmiechając się i potrząsając głową. — Co powiedzieliby na to lekarze?
— Co sobie zechcą, moja kochana.
Lily wyprostowała się, cała zaróżowiona, z błyszczącymi oczyma.
— Mój jasny aniele! — zakrzyknęła stara kobieta, patrząc w tę ukochaną, uroczą młodą twarzyczkę i całkiem, jak się to mówi ”rozpływając się” — nie ma tobie równej na ziemi... nie... wśród wszystkich dziewcząt nie ma takiej, która mogłaby się równaćz naszą panienką Lilias — i przerwała, uśmiechając się, a po chwili dodała — lecz, kochanie, wiesz przecie, że nie wychodziłaś od pięciu tygodni.
— Czyż to nie wystarczająco długo, za długo, by trzymać mnie w zamknięciu, ty okrutna staruszko? Chodź, chodź, Sally, kochana, postanowiłam — i pójdę na bal, nie bój się. Otulę głowę i poślę po ciotkę Becky. Zajrzę tam jedynie, cala opatulona, na dziesięć minut; pojadę i wrócę w lektyce, I cóż może mi się stać złego?
Czy to był przypływ odwagi? Czy chciała pokazać ludziom, że nie wzdraga się przed spotkaniem kogoś; a może, choć naprawdę chora, zdobyła się na odwagę, by tam zajrzeć po prostu dlatego, że lubiła muzykę i zabawę i by pokazać ludziom, że nie ma złamanego serca? A może był to tajemny zew serca, chęć ujrzenia go raz jeszcze, choćby spod kapturka, z daleka, rzucenia mu, sama nie zauważona, jednego spojrzenia i snucia nieskończonych domysłów oraz mglistej nici nadziei, kto wie jak długo, z tych zwiewnych odczuć, z jednego dziwnego, smutnego uśmiechu lufo' głębokiego, namiętnego spojrzenia, ledwie dostrzeżonego, lecz na zawsze wyrytego w pamięci? Wyrzekła się go sło-
www.archangelica.pl


