Dom przy cmentarzu, T.II cz. 1 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 2
Następnie ujrzano, jak Toole zbliża się do ”Feniksa” w pełnej gali z laską pod pachą. Z ufryzowaną peruką na głowie wyglądał zawsze dostojnie jak prawdziwy eskulap, a ponadto zachowywał się z godnością. Po każdej naradzie lekarskiej lub krótkiej wizycie u chorego szedł dobrze odmierzonym krokiem, ze smutnym i poważnym wyrazem twarzy, co sprawiało, że wyglądał jeszcze bardziej pucołowato niż zazwyczaj. Spotkawszy przyjaciół przy drzwiach gospody zachowywał się wielce powściągliwie i zażywał tabaki, nim udzielił im odpowiedzi. Lecz zachowanie to trwało zaledwie osiem czy dziesięć minut i rozpływało się w cieple saloniku klubowego, odżywając czasem na chwilę, gdy w małym lustrze wiszącym na ścianie dostrzegał przelotne odbicie swej wspaniałej peruki i stroju. Przyjemnie było patrzeć, jak ci starzy druhowie bezwiednie okazywali względy jego chwilowej pyszałkowatości i zwracali się do niego w takich razach nie ”Tom” czy ”Toole”, lecz ”doktorze” lub ”doktorze Toole”.
Devereux wygrał w swoim czasie dwa czy trzy zakłady, odgadnąwszy nazwisko lekarza, z którym. Toole odbył naradę, wnioskując o tym jedynie na podstawie sposobu zachowania się ich serdecznego towarzysza. Jeśli Toole miał do czynienia z wysokim, zimnym, statecznym doktorem Pellem, stawał się ceremonialny, pełen powagi i przytłaczająco uprzejmy. Gdy natomiast przebywał sam na sam z szorstkim, półdzikim, energicznym doktorem Rogersonem, stawał się lakoniczny, stanowczy i nieznośnie źle wychowany, póki, jak wspomnieliśmy, miraż się nie rozwiał i póki nie odzyskał wreszcie własnej osobowości. Wówczas po troszku znów dawały się słyszeć niepohamowane ploteczki, żarciki i minstrelskie ballady; jego małe oczka zaczynały tańczyć, a wesołe, pełne dowcipu uśmiechy rozjaśniały poprzez wonne opary wydobywające się z pucharu z ponczem jego twarz, rumianą jak zachodzące słońce. Duchy Pella i Rogersona ulatywały wówczas w ponurą krainę cieni, a mały Tom Toole na powrót był sobą przez następny miesiąc.
— Wasz oddany sługa, panowie... wasz oddany — powtórzył Toole, kłaniając się i ściskając uprzejmie wyciągnięte ku niemu w sieni dłonie. — Pochmurny mamy wieczór, panowie.